Ah mój świat metalowy
Wali się na kruszyny pierzaste
Odlatują we wszystkie strony
Na wietrze spokojnym
Się kołyszą jak złote dzwony
Błyszczą one, dzwonią
Dłonie ciężkie
Ze stali
Żałują swoje uczynki marne
Wspominają odłamki rozbite
Ah świat mój spirzowy
Błyszczy i tańczy
Trzaska się pokrycie moje
Gdzieś odleciały wspomnienia moje
Drobne, cienkie
Nic nie znaczące.
Dotknięcie moje twarzy więcej niż wszystkie góry miedziane
Poręcz moja droższa niż wszystkie wazy błękitne
Krzyk mój przepełniony goryczą
Smakuje ciągle rdzy w ustach przemęczonych
Ciągłym spadaniem znikąd
Do przełęczy strasznych
Z koszmarów wyjętych
Koszmar się powtarza
W kółko patrzę na odbicie
To odbicie we szkle mi się śni
Mówi do mnie
Zniszcz,
Rozbij te szkiełka drobne
Dzwonki srebrne
Świeczniki lśniące
Kostki gładkie
Pod palcami ze stali -
Nie znaczą nic przeguby delikatnie zdobione
To cień
Jedynie cień którego nie widzę
Skóra wokoło poszarzała
Stała się jednego prawie koloru
Z metalem oczyszczonym
Ah świat mój metalowy
Okaleczony, wali się pod gruntem
Ukochany kochanek mój,
Stodoła piętrzasta moja,
Przystanek mój rodzinny,
Mój dom ciepły
Wszystko legło w gruzach występków moich
Pod ciężarem dłoni moich z mosiądzu zrobionych
Gniotą wrogów jak trawy nocne
Śpiewają i kręcą się pod nimi
Jak zbawienie, dach nad głową
Jak przekleństwo, jak hańba
Jak czerń wisząca blisko nad głową
Mroczy myśli i tłuczy słowa
Nim wyjdą z ust metalicznych
To spokój martwy -
Ogarnia mnie początek miernoty
Koniec czasu wszelakiego?
Nieznany jest ani mi, ani jemu
Gonitwa za wiatrem na mnie ciąży
Te same słowa te same frazy te same zdania złożone, znienawidzone przeze mnie, powtarzają się w powietrzu, słyszę je z ust cudzych, głosy znajome, w miejscach rodzimych, to nie ten świat
Ah to mój, ten świat metalowy
Właśnie się wali za zakrętem długim
Z boku pożar się dymi
Z rzeki woda wypływa
Nawet ci co pływać potrafią
Toną w głębinach
Sąsiedzkich dzielnic
Lśni ulica w świetle dziennym
Dym już zupełnie zapełnił powietrze nad głową
Koło złotego słońca pływa
Bowiem jak rtęć stopiona na szkle przezroczystym
Nadal,
Nadal słyszę te słowa. . .
Do kołysanki podłożone
Do łez krwawych rozdzierające
Lęk wielki kryją w sobie
Strach
Płacz rozprowadzają
Jak choroby
Spadają wiecznie w dół
Wielki, czarny z dziurą w końcu
W której nie ma końca
Ściany ma metalowe
Iskrzą się pod tarciem moich dłoni
Chcę złapać za ścianki śliskie
Jak wodę łapać
Niewidzialne ryby łowię
Tak idę przez świat
Mój metalowy
Nie mogę nic zrozumieć nic powiedzieć
Wcale nie
Nie, zobaczyć też nie umiem przez te ściany
Są za trudne
Zbyt grube
Zbyt śliskie
Tylko słyszę pisk
To ciało moje -
Krzyczy z bólu - rdzewieje już
Nie ma dla niego oleju
Nie ma czym naprawić, śrubki zamienić
Tylko się rozkręcają, powoli, w huku powietrza solnego
Rozpadają się na kawałki małe, w powietrzu
Rozkładają na części nogi i ręce
Tułów już się trzaska
Wypadły gdzieś nie wysoko moje myśli pomieszane
Już tylko patrzę - jak świat się kończy
Metalowy mój świat kochany...
Krzyczy do mnie
Płacze gdzieś na trawie zostawia krople solone, pamiętam nadal, jak smakują i śnieg ich zimny
Czasem drażni moje gardło...
Ale teraz to daleko,
Gdzieś nie wysoko - w tej kępie myśli . . .